Strona Główna · Newsy · Artykuły · Linki · Muzyka · Playlista · Koncerty · Galeria · Forum · Kontakt Grudzień 18 2018 20:43:20
Nawigacja
Strona Główna
Newsy
Artykuły
Linki
Sport
Muzyka
Playlista
Koncerty
Galeria
Forum
Szukaj
Kontakt
Ostatnie Artykuły
TOP 15 płyt w 2016 roku
Duff Mc Kagan - Sex,...
€uro oczami ki...
TOP 20 filmów w 2010...
Online
Gości Online: 2
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych użytkowników: 6
Najnowszy Użytkownik: Joshrer
TOP 15 płyt w 2016 roku

Dawno nie tworzyłem żadnych rankingów, ale postanowiłem, że czas do tego wrócić. Rok 2016 w muzyce obfitował w wiele interesujących wydawnictw płytowych z gatunku rock n rolla, który mnie interesuje szczególnie. Swoje krążki wydali tacy giganci jak Metallica, The Rolling Stones za granicą, czy też Kult, T.Love, Lady Pank i Perfect na naszym krajowym podwórku. Słuchałem tego z zaciekawieniem przez cały rok i postanowiłem się z Wami podzielić swoim jak najbardziej subiektywnym zestawieniem najlepszych płyt roku 2016.

Oczywiście przesłuchałem dużo więcej albumów niż ta piętnastka, która ostatecznie znalazła się w rankingu, jednakże nie wszystkie dokonania przypadły mi do gustu. Największe rozczarowanie to Red Hot Chili Peppers z albumem „Gateway”, a z polskich zespołów Luxtorpeda z krążkiem „Mywaswynas”. Nie podobała mi się też wydana trochę na siłę płyta moich ukochanych Roxette „Good Karma”. Chciałbym natomiast wyróżnić piosenkę Organka „Mississipi W Ogniu”, która zdecydowanie zasiała spory pozytywny zamęt w mojej głowie – niestety cały longplay nie dorasta do pięt singlowi stąd brak „Czarnej Madonny” w zestawieniu.



A teraz przechodzimy do rankingu:

15. THE CULT – HIDDEN CITY (2016)

Do tej pory The Cult tkwił w mej świadomości jako zespół, w którym grał były perkusista Gunsów – Matt Sorum. I nic ponadto. Słuchając „Hidden City” doszedłem do wniosku, że straciłem sporo świetnej muzyki i że mam sporo do nadrobienia w kwestii dyskografii zespołu.
Najnowszy album to przede wszystkim ostre gitarowe granie i mocny charakterystyczny wokal Iana Astbury’ego (nagrywał ze Slashem na pierwszą solową płytę), który jednak po kilku piosenkach zaczyna męczyć swoją barwą. Są więc plusy i minusy posiadania specyficznie brzmiącego głosu. Co do piosenek to nie mam z czym porównać jeśli chodzi o poprzednie dokonania zespołu. Mi po prostu wpadły w ucho melodyjne kompozycje takie jak: „Dance The Night”, „Hinterland” czy „Avalanche Of Light”.
Ląduje w zestawieniu jako ciekawostka, ale do dalszego śledzenia w przyszłości.



14. GREEN DAY – REVOLUTION RADIO (2016)

Typowe Green Day. Zespół pozostał wierny swojej stylistyce, w której obraca się od lat. Agresywne brzmienie gitar, pop-punkowa ekspresja i zręczna obserwacja tego, co się dzieje w Ameryce to cechy charakterystyczne dla ekipy Billi’ego Joe Armstronga. Choć chwilami jest zaskakująco, bo drapieżne i dynamiczne numery przeplatane są spokojnymi piosenkami jak „Outlaws”. A takie „Ordinary World” to wręcz propozycja akustyczna, bez jakiejkolwiek zadziorności.
Zarzut, jaki mogę postawić tej płycie to brak przebojowości i hitu w stylu „American Idiot” czy „Wake Me Up When September Ends” (za który nomen omen niesamowicie cenię ten zespół), który by ten krążek wypromował poza krąg stałych słuchaczy. Słuchając „Revolution Radio” czy „Bang Bang” (mocny tekst traktujący o używaniu broni z punktu widzenia potencjalnego mordercy) ma się wrażenie, że to wszystko już było.
Zespół trochę zjada własny ogon, co parę lat wydając bardzo podobne do siebie albumy. Green Day kreuje się na punk-rockowych buntowników, ale trafia z przekazem w czasy trochę do tego nie pasujące (przynajmniej w momencie wydania płyty, bo teraz znając zapędy polityczne wokalisty wydałby w całości płytę anty-Trumpową) – jest trochę jak w piosence Happysad: „Bo człowiek nie jest taki, co by siedział w cieniu, chciałby się buntować, no ale nie ma przeciw czemu”. Mimo to, fani zespołu będą zadowoleni.



13. WILKI – PRZEZ DZIEWCZYNY (2016)

Lekka, łatwa i przyjemna. Niestety bardzo przewidywalna i podobna do poprzednich dokonań zespołu. Co nie zmienia faktu, że lubię słuchać piosenek lidera Wilków - jest szczerym i bystrym obserwatorem otaczającego nas świata.
Robert Gawliński zaprzągł do pracy nad płytą chyba całą swoją rodzinę - niektóre teksty napisała żona Monika, a syn Beniamin udzielał się instrumentalnie. Cieszy mnie, że wokalista wreszcie stworzył swoją piosenkę o ukochanej Warszawie, szkoda, że tak mało optymistyczną („Tu piekło graniczy z niebem, Monako mówią o niej dziś, A byłaś inna - ja to wiem, byłaś inna - Paryżem Wschodu zwano cię”), ale na taką może przyjdzie czas. Tak czy inaczej pokusił się o trafną ocenę stolicy z punktu widzenia rodowitego jej mieszkańca. Na wyróżnienie zasługują jeszcze „Shaman’s Melody”, klimatem pasująca do Wilków z lat 90., „To, Co Piękne W Życiu” w stylu zbliżonym do zespołu Raz, Dwa, Trzy oraz bardzo charakterystyczne dla zespołu „W Drodze Do Marzeń”. Singlowe „Przez Dziewczyny” tematyką i przebojowością miały chyba dorównać „Baśce”, ale powtarzanie tego samego pomysłu nie zawsze się sprawdza.
Ogólnie na plus, chociaż ponadczasowym, przełomowym dziełem nie jest i chyba nie miała być.



12. THE PRETTY RECKLESS – WHO YOU SELLING FOR (2016)

Zaciekawił mnie “brudny”, zachrypiały kobiecy głos. Lubię takie, w których nie ma darcia się na siłę, a śpiew przyciąga ciekawą barwą. I to znalazłem u Taylor Momsen (znajduję to też np. u Lzzy Hale z Halestorm).
Już sam początek wprawia w osłupienie – fortepianowe intro z delikatnym śpiewem („The Walls Are Closing In”) przypominające krótkie przerywniki (snippety) z ostatniej płyty Paramore, po chwili przeradza się w intrygujące drganie strun i wybijany rytmicznie rytm na perkusji oraz całkiem zgrabną kompozycję „Hangman”.
Dużo na „Who You Selling For” różnorodności – jest sporo ballad takich jak utwór tytułowy, „The Devil’s Back” czy też „Bedroom Window”, który jest propozycją akustyczną. Bardzo fajnie wypadł duet ("Back To The River") z Warrenem Haynesem (liderem grupy Gov’t Mule), w którym nastrój buduje podkład z fortepianu i gitary akustycznej przeplatany solówkami Haynesa. Nie brakuje też jednak szybkich rockerów – do tej grupy na pewno trzeba zaliczyć „Oh My God” czy „Living On The Storm”. Jednak moim faworytem jest „Wild City”, który ma w sobie coś z agresywnej wersji Tiny Turner. Przyjemnie tupie się także nóżką przy „Take Me Down” czy bluesrockowym „Prisoner”.
Podobno wcześniejsze krążki The Pretty Reckless są bardziej hard-rockowe, trzeba będzie posłuchać. Na razie na zachętę ląduje w „15”.




11. PERFECT – MUZYKA (2016)

Perfect akustycznie? Była już płyta koncertowa, symfoniczna, ale bez prądu jeszcze nie grali. Żeby być szczerym tak do końca unplugged nie jest, bo w paru numerach gitara elektryczna jest w użyciu. Ale płyta jest na pewno najspokojniejsza ze wszystkich w dorobku Perfectu.
Jak zwykle mocną stroną jest śpiew Grzegorza Markowskiego, który śpiewa tak czysto jak nikt inny w tym kraju i nie trzeba się domyślać każdego słowa jak to bywa w przypadku niektórych rodzimych produkcji. Minus za brak własnych tekstów i wspomaganie się czyjąś pracą - tak naprawdę dzieje się tak przez całą karierę. Mnie to zniechęca bo zawsze w takim przypadku stawiam sobie pytanie czy Markowski to artysta pełną gębą czy tylko odtwórca? Świetny, ale jednak odtwórca.
Z piosenek na płycie chciałbym wyróżnić utwór „Ta Sama Krew” w stylistyce country, w której zespół jeszcze nie grał. Są także dobre ballady „Ludzie Niepowszedni”, „Kocham Się W Życiu”. Ponadto Markowski podjął eksperymentalną próbę śpiewania w stylu Urszuli Dudziak w kawałku „M.U.S.K.K.” – brawo za odwagę, ale jednak pani Dudziak to dla mnie synonim kiczu w muzyce. Intrygujący jest też utwór „Czy To Już” z jedną z niewielu solówek gitarowych oraz tekst nawiązujący do właśnie trwającej arabskiej inwazji na Europę – przynajmniej ja go tak rozumiem.
Reszta piosenek jest przyzwoita, ale do mnie osobiście nie przemawiają. Wolę Perfect w wydaniu elektrycznym.




10. LADY PANK – MIŁOŚĆ I WŁADZA (2016)

Płyta napisana i nagrana pod radio. Bez żadnych fajerwerków muzycznych (w kwestii solówek Borysewicz wyżył się na solowym projekcie Jan Bo) i bezpieczna tekstowo. Teksty na płytę napisał Wojciech Byrski, który pracował do tej pory z zespołem Bracia. Nie są złe, ale wydaje mi się, że bardziej szczera by była płyta w całości napisana przez zespół, a nie kogoś z zewnątrz.
Jedyna piosenka powyżej 4 minut jest jednocześnie najlepszą na całym krążku – „Na Dowód” przypominająca klimatem dokonania tak ukochanych przez Panasewicza Stonesów i opowiadająca ciekawą historię dwóch mężczyzn rywalizujących o jedną kobietę. Poza tym mamy dwa sztandarowe single - mdłą „Miłość” i dynamiczną „Władzę” z uniwersalnym refrenem „Każda władza nam przeszkadza, i do tego czyści nas do zera”. Z lepszych numerów mamy jeszcze opisany świat korporacji w utworze „Lizusy”. Reszta to typowe wypełniacze bez głębszego pomysłu – zwrotka, refren, solo, zwrotka, refren – nic, co chwyta za serce.



9. T.LOVE – T.LOVE (2016)

Nawiązanie do genialnego „Old Is Gold” sprzed 4 lat było niemożliwe – taka płyta zdarza się raz, może dwa na karierę. Z jego następcy wyszło takie nie wiadomo co. Disco-rock? Coś w tych klimatach. Dużo tu rytmu, beatu, melodii, klawiszowych wstawek. Ponoć założenie było takie, że nowe kawałki mają bujać i nadawać się do tańca. I bujają, lecz do wielu z nich taki rodzaj podkładu nie pasuje, bo teksty zahaczają o naprawdę poważne tematy – aktualną sytuację na świecie („Bum Kassandra”), autobiograficzne wspomnienia („Ostatni Gasi Światło”) a muzyka jest taneczna. Brak tej płycie spójności tekstowo-muzycznej. Stylistycznie to takie pomieszanie z poplątaniem. Całość nie przypomina klasycznych dokonań T. Love, ale z drugiej strony czy ten zespół nie jest znany z tego, że wielokrotnie potrafił w swojej historii łamać kanony („Chłopaki Nie Płaczą”) i narazić się fanom, po czym wrócić z czymś bardziej przystępnym?
Oczywiście jest tu parę piosenek, w których od razu słychać, że to robota Muńka. Wykrzyczany „Alkohol”, klasyczna ballada poświęcona Dawidowi Bowie’mu „Warszawa Gdańska” czy prosty muzycznie „Marsz”. Są też bardzo osobiste retrospekcje, które wokalista poświęcił swojej żonie („Matka Joanna Od Aniołów”) i rodzicom („Moi Rodzice”).
Do podstawowej wersji 13 utworów dołączono drugie CD z 5 dodatkowymi kawałkami, ale wydaje mi się, że w niczym by nie zaszkodziło wydanie wszystkiego na jednym krążku. Znalazło się tam miejsce dla piosenki Johnem Porterem „Pack Me In Your Suitcase” granej już od jakiegoś czasu na koncertach i jeden potencjalny przebój (ale chyba głównie koncertowy) „C.V. Polska”. Poza tym trafiły tam typowe zapychacze, jakich pełno też na głównym albumie („Nie Ma Takiego Numeru”, „Ziemia Mi Mówi”, „Pielgrzym”, „Niewierny Patrzy Na Krzyż”).
Całość wyszła na zasadzie – mamy kilkanaście piosenek, puśćmy płytę, bo już dawno nic nie wydaliśmy. Niestety jest to album nieprzemyślany i niespójny, ale i tak o wiele lepszy niż większość tego co zalewa nasz rynek. Recenzja może zbyt krytyczna, lecz to mój ukochany zespół i wymagam od nich więcej niż od innych.




8. ERIC CLAPTON – I STILL DO (2016)

“I just keep playing these blues', hoping that I dont lose, I just keep playing my song, hoping that I get along” z piosenki “Spiral” – to kwintesencja tego albumu. To esencja Claptona w pigułce, człowieka wręcz oddychającego bluesem od lat. Nie znajdziecie tu jednak energetycznych hitów pokroju „Layli” „Cocaine” czy też innych z okresu gry z The Yardbirds, Cream czy Derek And The Dominos. Dominują tu utwory spokojne, prezentujące kunszt Claptona jako gitarzysty. „Bóg gitary” jak jest określany w środowisku, prezentuje tym razem jednak tylko dwie autorskie piosenki „Spiral” i „Catch The Blues”, a resztę repertuaru stanowią autorskie przeróbki piosenek takich artystów jak J.J. Cale, Bob Dylan, Robert Johnson czy Skip James. Dla mnie prawdziwą perełką jest utwór „Somebody’s Knockin’”. Są też goście: tajemniczy Angelo Mysterioso („I Will Be There”) i Ed Sheeran („I’ll Be Alright”).
Generalnie są to piosenki, które najlepiej by chyba brzmiały w jakimś podrzędnym, opuszczonym barze, gdzie starszy Pan przygrywa dla kilku najbardziej wytrwałych klientów. Płyty najlepiej słuchać wieczorem ze szklaneczką brandy lub koniaku w dłoni – znakomicie wycisza.




7. JAN BO – KAWA I DYM (2016)

Projekt, w którym Jan Borysewicz może pokazać cały swój gitarowy kunszt, a ten ma ogromny, bo to nadal jeden z najlepszych „wioślarzy” w tym kraju. Piosenki są krótkie jak w przypadku najnowszego krążka Lady Pank, różnica polega na tym, że tutaj nikt Jana nie goni z solówkami, żeby się zmieściła jeszcze kolejna zwrotka i kolejny refren. A kreatywność riffów i improwizacji jest dużo większa niż w przypadku macierzystego zespołu. Gitarzysta bawi się dźwiękami, efektami i swoim najnowszym dzieckiem, czyli Les Paulem.
Razi trochę wokal, bo Borysewicz ze śpiewaniem nie radzi sobie najlepiej, dlatego też wspomaga się gośćmi. Piotr Rogucki z Comy („Bananowy Dżem”), Igor Herbut z Lemon („Jeśli Tam Nie Ma Nic”), Piotr Cugowski z Braci („Zawsze Można Dalej”), Ruda z Red Lips („Zostanę Z Tobą Na Zawsze”) i Damian Ukeje („Farby Piekła”) użyczyli swojego głosu w kolejnych kompozycjach, ale poza wokalistą Comy nikt nie wybił się ponad przeciętność. Najlepsze są kompozycje, które stworzył Borysewicz z Wojciechem Pilichowskim, czyli „Odczep Się Kostucho” z fajnym groove’m i „Trzy Wiadomości”. Mam jednak nieodparte wrażenie, że gdyby wyjąć po 5-6 najlepszych utworów z „Kawy I Dymu” oraz „Miłości I Władzy”, wszystko to połączyć w jedność, wstawić za mikrofon Janusz Panasewicza to mielibyśmy mocnego kandydata do najlepszej polskiej płyty rockowej minionego roku. A tak mamy dwa albumy z dobrymi momentami, mocnymi uderzeniami, ale całości dużo brakuje do doskonałości. Projekt Jan Bo to jednak bardzo dobra płyta gitarowa i warto po nią od czasu do czasu sięgnąć.




6. KULT – WSTYD / WSTYD (SUPLEMENT) (2016)

Im dłużej słucham tego albumu tym bardziej go lubię. Grupa Kazika Staszewskiego złagodziła swoje brzmienie w porównaniu z poprzednimi płytami. I równocześnie mocno wzbogaciła aranżacje, bo tym razem piosenki pisał cały zespół i każdy z jego członków dodał coś od siebie, co zdecydowanie słychać w tych utworach. Standardowo dużo w Kultowych numerach trąbki, puzonu, saksofonu i innych instrumentów dętych.
Ale najważniejsze są jak zawsze teksty Kazika. I w tym aspekcie zawodu nie ma. Największy hit na krążku to tytułowy „Wstyd”, który jest opowieścią o potędze pieniądza i błyskawicznym przepływie informacji w mediach. Dużo miejsca wokalista poświęcił obecnej polskiej polityce („Odejdę”), krytycznie odnosząc się zarówno do partii rządzącej („Pęknięty Dom część 1”) jak i obecnej opozycji („Pęknięty Dom część 2” – „Tak wiele czasu, dumni przy władzy, czemu jesteśmy dziś nadzy”). Często robi to w bardzo wulgarnych i dosadnych słowach (”Za konsekwencje by pociągnąć mnie dziś chcieli, nie wiem jak wy, lecz ja spierdalam do Brukseli”), ale czy z politykami można inaczej? Wyróżnia się też historia, która przydarzyła się przyjacielowi zespołu Didiemu („Madryt”) oraz tekst o osobach biseksualnych („Dwururka” – „chcę z Wami, obojgiem, a przecież się nie rozerwę”). Ciekawym zamknięciem jest smutna opowieść o dziewczynie („Apokalipsa”), przy której zwłokach wraz z tłumem gapiów stoi morderca, szlocha nad jej losem i nie wie, że „gdzieś tam jej bliscy myślą, że ma się dobrze”.
Płyta jest bardzo równa, bez tzw. wypełniaczy – każdy utwór jest o „czymś”, jest dopracowany i przemyślany. W Kultowym stylu.
PS. Miesiąc po premierze ukazał się drugi krążek zatytułowany "Wstyd (Suplement)", który zawiera kilka utworów granych na koncertach a nie wydanych dotychczas w żadnej innej formie. Ja traktuję to jednak jak jedną płytę, a "Suplement" bardziej jak ciekawostkę.




5. CUGOWSCY – ZAKLĘTY KRĄG (2016)

Po rozwiązaniu Budki Suflera tylko kwestią czasu była współpraca Krzysztofa Cugowskiego ze swoimi synami. Pierwszą zajawką były wspólne występy Piotra i Wojciecha na pożegnalnej trasie Budki (polecam wspólne wykonanie „Memu Miastu Na Do Widzenia”). Potem panowie zamknęli się w studiu i wyszła z tego naprawdę znakomita płyta. Cugowscy to tak naprawdę zespół Bracia wspomagany przez weterana polskiej sceny rockowej. I jest to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Krzysztof Cugowski udowodnił, że wciąż ma trochę paliwa w baku, a jego synowie pomogli wyciągnąć z niego to co ma najlepsze.
Płyta jest bardzo różnorodna stylistycznie, ale widać, że inspiracje były czerpane z prawdziwej klasyki – m.in. ze Stonesów czy Queen. Mi się podoba, że utwory nie są jednorodne - jest sporo zmian tempa, zmian nastroju. Uwielbiam takie numery jak „Do Niej” gdzie po refrenie jest chwila pauzy i wyciągany na wierzch prosty gitarowy riff, po czym wchodzi kolejna zwrotka. A podobnych momentów jest więcej np. otwierająca płytę „Iluzja”. Z kolei utwór tytułowy, który został singlem to najgorszy kawałek na płycie, więc jeśli ktoś słuchał tylko tej jednej piosenki to niech absolutnie na jej podstawie nie wyciąga żadnych daleko idących wniosków, bo zakrywa to prawdziwy obraz tego krążka.
Najważniejszy na tej płycie jest wokal. Duet ojciec – syn podzielił się zwrotkami tak, że fani każdego z nich będą zadowoleni. Obydwaj mają inne barwy głosu i bez problemu można rozróżnić, kto śpiewa, nawet przy wspólnie wykonywanych refrenach. Kolejny plusik za teksty – nie za żaden pseudointelektualny bełkot, ale za zwykłe historie o miłości („Do Niej”, „Mercedes Blue”), przemijaniu („Na Czas”), a także rozważanie o przyszłym świecie (ponownie„Iluzja” oraz „Znów Pora W Drogę” z fragmentem „Szukam słów, Których nie zna mój obecny świat, niezdeptanych ścieżek, które pierwszy przebyć mam”) czy też moralności („Godność”). A to wszystko opowiedziane w prosty sposób, jakby się słuchało opowieści dobrego przyjaciela. Najlepsza piosenka na płycie to „Wszyscy Na Jednego” – historia będąca krzykiem rozpaczy na niesprawiedliwość, która dotyka każdego z nas.
Dla mnie największe zaskoczenie in plus minionych 12 miesięcy. Przez wiele tygodni płyta tkwiła w moim samochodowym odtwarzaczu.






4. THE ROLLING STONES – BLUE AND LONESOME (2016)

To pierwsza od 10 lat i prawdopodobnie ostatnia płyta najważniejszego zespołu w historii rock n’ rolla. Mick Jagger i spółka porzucili pisanie autorskiego materiału i wzięli na warsztat piosenki swoich bluesowych idoli z lat 50. i 60. XX wieku – Howlina Wolfa, Willi’ego Dixona czy Little Waltera. Jest krótko acz bardzo treściwie.
Całą płytę można podzielić na 3 cześci: szybkie utwory (m.in. „Just Your Fool”, „Commit A Crime”, „Ride ‘Em Down”, „Just Like I Treat You”), klimatyczne balladki (m.in. „Blue And Lonesome”, „All Of Your Love”, „Hoo Doo Blues”) i z piosenki nagrane z Ericem Claptonem („Everybody Knows About My Good Thing”, „I Can’t Quit You Baby”), które spokojnie mogły się znaleźć na którymś z jego solowych krążków. To taki blues w pigułce, w najczystszej możliwej postaci. Płyta od początku do końca buja aż miło. Gitary tym razem pojawiają się oszczędniej - na pierwszy plan został wyciągnięty pulsujący rytm i mnóstwo Jaggerowej harmonijki. A obecność w dwóch kawałkach Claptona mocno urozmaica klimat i dodaje dźwiękowego kolorytu. A gitarowy dialog z takimi tuzami jak Richards i Wood to prawdziwa uczta dla uszu.
Giganci żegnają się w wielkim stylu, na swoich zasadach, powracając do swoich korzeni. Na więcej płyt chyba nie znajdą już energii.






3. HEY – BŁYSK (2016)

Błysk, a raczej przebłysk geniuszu Kasi Nosowskiej, która po wielu latach elektronicznych eksperymentów przywraca do rockowego życia swój macierzysty zespół. Poprzednie dwa krążki to koszmar dla moich muzycznych zmysłów i poza „Fazą Delta” nie wracam do nich wcale, a wcale.
Nie jest to jednak powrót do typowo grunge’owego grania z początku lat 90. (kto się spodziewa następcy „Schisoprenic Family” to źle trafił), ale do prostszych piosenkowych form, gdzie gitary znów mają swoją przestrzeń, żeby zaistnieć. Ich rolę często wypełniają brzmienia basowo-syntezatorowe (singlowy „Prędko, Prędzej”), które np. na koncercie z łatwością mogą zostać zastąpione przez starego wysłużonego Fendera. To świetne posunięcie, bo sprawia, że zespół ma praktycznie nieograniczone możliwości interpretacyjne. Ale to też znak, że i Ja się muzycznie rozwinąłem przez te lata i otworzyłem na inne dźwięki, bo kiedyś bym taką płytę bezwarunkowo odrzucił. Ogólnie cały krążek jest bardzo spójny, dzięki czemu nawet słabszych numerów słucha się z uwagą (np. „Szum” czy „Dalej”). Całość trwa tylko 36 minut – rzeczywiście niczym błysk, ale próżno na polskim rynku szukać lepszego longplaya w poprzednim roku.
Płyta rozpędza się powoli, poczynając od melodeklamacji Nosowskiej w tytułowym „Błysku”. Sporo tu ciekawych tekstów – na szczęście bez metafor i lirycznych opisów znanych z ostatnich płyt. Jest prosto, zrozumiale i podane w taki sposób, który słuchacza zaciekawia i pozwala się identyfikować z uniwersalnym przekazem. Np. utwór „Historie” ja traktuję jako wskazówkę, żeby w domu nie tracić czasu na czcze gadanie o polityce tylko znaleźć sobie z żoną wspólną pasję i jej poświęcać każdą swoją wolną chwilę. A tak się akurat składa, że politycznie z małżonką leżymy na dwóch przeciwległych biegunach, a do tego mamy dużo wspólnych zamiłowań więc słowa „Nie chcę słuchać tych historii, pojedźmy do lasu, do gór, Z Tobą wszędzie mi po drodze, syjamsko Cię czuję i lgnę, czuję i lgnę, czuję i lgnę” pasuje do nas idealnie. A takich uniwersalnych treści, jednocześnie pozwalających na indywidualną interpretację jest tu więcej, chociażby mocny w przekazie „Hej, Hej, Hej” czy ponury „Cud”. A moim ulubionym kawałkiem jest „Ku Słońcu”, który musi być jakąś autobiograficzną historią Nosowskiej, pochodzącej ze Szczecina.






2. ALTER BRIDGE – THE LAST HERO (2016)

Po kilku latach pracy ze Slashem, Myles Kennedy wrócił do Alter Bridge, żeby nagrać piąty album w dorobku amerykańskiego zespołu. A właściwie to chyba Slash to na nim wymusił wracając do Guns N’ Roses.
Kto oczekiwał mocnego łojenia gitar od pierwszej do ostatniej minuty to dostanie co chciał. Tu nawet ballady (może poza „My Champion”) są wypełnione po brzegi przesterem i są to jednocześnie najlepsze kompozycje na płycie – np. „Cradle To The Grave” czy „Crows On A Wire” (która otwierała koncert grupy w Katowicach). Produkcja, głośność, realizacja to wszystko na piątkę z plusem, o co zadbał Michael „Elvis” Baskette, obecnie chyba jeden z najbardziej utalentowanych producentów młodego pokolenia.
Tekstowo właściwie cała płyta krąży wokół tego, że można zmieniać swoje życie, że trzeba w to wierzyć i działać w tym kierunku, że na nic nie jest za późno i można się podnieść nawet z największego dna („Island Of Fools”). Ważne, żeby być odważnym („Losing Patience”), mieć marzenia i je realizować i pamiętać, że nic nie trwa wiecznie i każdą kartę losu można odwrócić („Cradle To The Grave”). Świat nie może już liczyć na bohaterów („The Last Hero”) i wobec kryzysu przywództwa („Showa Me A Leader”), trzeba brać los w swoje ręce, choć to ciężkie w dzisiejszych czasach („It's getting harder to fight, out here, on our own”).
W tym kontekście ten materiał podnosi mocno na duchu, że może otaczający nas świat nie jest tak straszny i nieprzyjazny jak Nam się wydaje na co dzień, chociaż czeka na Nas mnóstwo niebezpieczeństw („Crows On A Wire”). Należy pamiętać, że świat należy do nas i mamy prawo go zmieniać na taki, jaki Nam pasuje („Poison In Your Veins”). Taki przekaz w pigułce rozbity po innych piosenkach zbiera w jedno utwór singlowy „My Champion” („Sometimes you fall, before you rise, sometimes you lose it all to find, You’ve gotta keep fightig and get back up again, My champion”). Pozytywny przekaz jest opakowany w ciężką oprawę muzyczną, którą Ja interpretuję jako trud, który współczesny człowiek musi pokonać, żeby dostać nagrodę.
Bardzo udana płyta, nie nudzi się nawet po wielu przesłuchaniach.






1. METALLICA – HARDWIRED ... TO SELF DESTRUCT (2016)

Nokaut. Od pierwszego do ostatniego riffu. Padłem i leżę nadal. Najlepszy album Metalliki od 1991 roku i Czarnego Albumu, ale stylistycznie nawiązuje zdecydowanie do początków grupy w latach 80. Nie znajdziecie tu ballad. To jest metalowy strzał w ryj od pierwszych taktów „Hardwired” aż po ostatnie sekundy „Spit Out The Bone”, dwa najszybsze i najbardziej thrashowe numery na płycie. Królują tu jednak dłuższe kompozycje z prawdziwą lawiną rifów, agresywną perkusją (ja tam lubię Larsowe bębnienie) i zaskakującymi solówkami (choć Kirk mówił w wywiadach, że nie miał wpływu na tworzenie materiału). Nie są to jednak utwory ani proste, ani prostackie. Metallica to doświadczony zespół, który wie jak przykuć uwagę słuchacza umiejętnie budując nastrój piosenki. Genialne jest „Halo On Fire” – zmiany tempa, wyciszenia a potem wejście z solówką – miód na moje muzyczne serce. Podobnie jest z „ManUnkind”, który zaczyna się delikatnym intro, po czym wchodzi potężny riff. Z wielką mocą i bez chwili wytchnienia atakują także singlowe „Atlas, Rise!” i „Moth Into The Flame”.
Z ciekawszych piosenek warto wspomnieć „Here Comes Revenge”, gdzie zwrotki śpiewane są z cichym podkładem perkusji i basu, po czym napięcie i tempo rośnie i dochodzi riff, który zmienia nastrój piosenki z lekko tajemniczego na emocjonalny wybuch, którego kulminacją jest refren. Jest też utwór biograficzny poświęcony Lemmy’mu z Motorhead („Murder One”) z fantastycznym teledyskiem. Hołd dla jednego z ostatnich muzyków żyjących do samego końca wg maksymy sex, drugs and rock and roll. Lemmy był przez cały czas przyjacielem i inspiracją dla muzyków Metalliki.
W teksty Metalliki nigdy się zbytnio nie wczytywałem, zawsze były dla mnie zbyt abstrakcyjne (zwłaszcza przez ostatnie lata), żeby je rozkładać na czynniki pierwsze. Za każdym razem na pierwszym miejscu stawiałem muzyczną moc, którą generuje ten zespół. Tym razem jest tak samo i to właściwie jedyne, do czego mogę się przyczepić. Poza tym płyta mnie zachwyciła. Jest idealna wyważona pomiędzy thrashowym hukiem a balladowym wcieleniem zespołu z początku lat 90.
PS. Do każdej piosenki zespół nakręcił teledysk i rzucił fanom za darmo na Youtube. To niespotykana forma promocji, zwłaszcza dla ekipy, która walczyła z Napsterem o udostępnianie muzyki. Znaczy się skumali o co obecnie chodzi w tym biznesie i że teraz nie zarabia się na płytach.






Zaskoczeni? Jeśli macie jakieś swoje propozycje, których wg Was brakuje w tym zestawieniu to śmiało piszcie je tutaj, Ja jestem otwarty właściwie na każdą muzykę (jeśli nie jest to nowe wcielenie Agnieszki Chylińskiej) i chętnie poszerzę swoje horyzonty w różnych kierunkach. I sam jestem ciekawy co przyniesie kolejny rok, bo na razie zapowiedzi z kręgu płyt rockowych jest bardzo mało. A może to i dobrze bo dzięki temu coś mnie pozytywnie zaskoczy. Przekonamy się niebawem.


Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Facebook

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie