Strona Główna · Newsy · Artykuły · Linki · Muzyka · Playlista · Koncerty · Galeria · Forum · Kontakt Wrzesień 22 2017 13:25:57
Nawigacja
Strona Główna
Newsy
Artykuły
Linki
Sport
Muzyka
Playlista
Koncerty
Galeria
Forum
Szukaj
Kontakt
Ostatnie Artykuły
TOP 15 płyt w 2016 roku
Duff Mc Kagan - Sex,...
€uro oczami ki...
TOP 20 filmów w 2010...
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych użytkowników: 4
Najnowszy Użytkownik: DeLeBof2412
Bumblefoot - Lizard King 2014
Rockstar For A Day

Story by: Zqyx

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o tym, że Bumblefoot zagra w Europie bardzo liczyłem na koncert w Polsce, chociaż niezbyt w to wierzyłem, bo zwykle koncerty "okołogunsowe" nas omijają, chlubnym wyjątkiem był do tej pory Slash i oczywiście Gn'R. Rona, jako gitarzystę i człowieka, poznałem, jak większość ludzi, dopiero po jego dołączeniu do Gunsów. Nie pasował mi jego image, muzyka podobała się od etapu płyty Normal, bo wcześniejsze były "zbyt dziwne", jednak Ron ma w sobie coś, co bardzo cenię. Nie gwiazdorzy. Podejrzewam, a nawet mogę śmiało powiedzieć, że, prócz większego czeku na koncie jest wciąż tym samym gitarzystą, którego jego fani znali, zanim wpadł w machinę Gn'R. Dlatego czekałem na koncert, choć bez wielkich nadziei. Jednak udało się, choć z małymi problemami w drodze, przez które wiele osób zrezygnowało z koncertu. Czy mają czego żałować? Oczywiście, jednak zacznijmy od początku.

W podróż do Krakowa wybrałem się Polskim Busem, bo jestem "zmotoryzowany", więc to najłatwiejszy transport. W Katowicach dołączyły kura, hyypatia i Sylvik (forumowiczki z NTS - przyp. red.), która jechała aż z Łodzi i tak w sympatycznej atmosferze dotarliśmy do Krakowa. Odebrała nas Ruda, dzięki której dotarliśmy do klubu. Wcześniej dostałem sms-em informację, że zaczęła się próba, więc mamy się pojawić jak najszybciej. Gdy byliśmy już przed klubem okazało się, jakżeby inaczej, że drzwi są zamknięte. Jednak po chwili ktoś wyszedł, a my, po chwili wahania, stwierdziliśmy, że wchodzimy, z założeniem, że najwyżej nas wywalą, choć wiedzieliśmy, że w środku są już fani. Udało się, mimo, że pracownicy Lizard Kinga wydawali się wyraźnie zdziwieni, że ktoś ma ochotę wejść na próbę.

Gdy tylko weszliśmy na salę, gdzie odbywał się koncert Ron nas zauważył, co nie było specjalnie trudne, gdyż przed sceną koczowało jakieś 6 osób, które, jak się później okazało, wpuścił sam Ron! Zauważając naszą skromną gromadkę rzucił ze sceny: Hey you! i mogliśmy obserwować popisy zespołu. Próba, a przynajmniej ta część, w której uczestniczyłem nie była zbyt długa, jednak Ron zdążył zagrać kilka utworów, z których szczególnie zapamiętałem "Real" i "Rockstar for a day". Mimo, że była to "tylko" próba świetnie się bawiłem i czekałem na ciąg dalszy. Po próbie Ron zszedł ze sceny, można było z nim swobodnie porozmawiać, dostać autograf, czy zrobić sobie z nim zdjęcie. Nie da się ukryć, że choć kojarzyłem perkusistę Dennisa Leeflanga, z płyt Rona, to już podczas próby członkowie zespołu byli zdecydowanie w tle. Takie samo wrażenie miałem później - w czasie koncertu.





Gdy Ron zniknął z klubu nastąpiło długie oczekiwanie na koncert... tym dłuższe, że support, jakim było DispersE wydał mi się wyjątkowo ciężkostrawny i wręcz błagałem, żeby jak najszybciej zeszli ze sceny, bo moje uszy cierpiały. Nie wiem, na ile była to kwestia fatalnego nagłośnienia, na ile samego zespołu, ale ich utwory wydawały się niemal identyczne. Gdy po ponad godzinie postanowili wreszcie zejść myślałem, że na Rona poczekamy dość długo, jednak wkrótce się pojawił, przeciskając się przez tłum ludzi, którzy chcieli autograf, zdjęcie i tym podobne. Jako, że już miałem odpuściłem sobie kolejkę, ale myślę, że nikt nie wrócił zawiedziony.

Bumblefoot zaczął koncert klepiąc się w twarz i mówiąc, że tak budzi się codziennie rano. Później, pewnie nieco zaskoczył fanów, śpiewając fragment "Used to love her", jednak szybko i w charakterystyczny dla siebie zabawny sposób przeszedł do samego koncertu. Nie wiem, na ile ludzi skusiła magia Gn'R, jednak znaczna część ludzi obecna na koncercie wydawała się niezaznajomiona z utworami Rona, chociaż na początku nic na to nie wskazywało, ale z czasem było to coraz mocniej zauważalne. Przed koncertem starałem się zdobyć jakieś informacje odnośnie kolejności utworów i tego, co w ogóle mogę się spodziewać po koncercie Rona, jednak nie do końca się to udało. Wiedziałem tylko, że choć będą akcenty Gunsowe, to jednak koncert będzie zdecydowanie Bumblefootowy i mi to pasowało, zwłaszcza, gdyby oparł go głównie na materiale ze swoich nowszych płyt. Przed koncertem mówiłem do współtowarzyszy, że Ron gra głównie swój materiał, ale wzbogaca go utworami Gn'R i miałem szczerą nadzieję, że odpuści "Sweet child of mine", bo ten utwór grany jest przez niemal wszystkich związanych z szeroko pojętym Gn'R. Jak się okazało - próżna nadzieja ;), ale nie uprzedzajmy faktów.





Po tym, jak Ron zagrał kilka swoich utworów, wśród których nie zabrakło takich hitów jak "Abnormal", czy "Real" przyszła pora na coś, na co wielu czekało... Któż nie zna "Don't cry" Gunsów? Śpiewała cała sala. Tuż po "Don't cry" Ron postanowił zagrać "Simple Days", czyli utwór, który pierwotnie był przeznaczony na potrzeby Gunsów, jednak został odrzucony przez Rose'a. Wyjątkowo mocno zabrzmiało potem "Guitars sucks", które wywołało spore ożywienie wśród będących na koncercie ludzi, domyślam się, że głównie gitarzystów, którzy chcieli być jak najbliżej sceny. Od początku koncertu Ron starał się nawiązać kontakt z fanami, czego świetnym przykładem była "próba" nauczenia się słowa dziękuję, które, choć w wersji Rona brzmiało "nieco inaczej", to jednak powtarzane było często i chętnie, gitarzysta Gunsów potrafił nawet zażartować, że trudno mu się nauczyć tego słowa i rzucił w pewnym momencie: How it was? Chupacabra? Dziękuję! Przykładem na to, że Ronowi zależało na interakcji z fanami było zapytanie ich o to, co chcą usłyszeć. Ktoś z sali rzucił "Wasted Years" i właśnie ten utwór Iron Maiden pojawił się w secie Bąbla. Później znów nieco spokojniej: "Normal", a zaraz po nim, znany z koncertów "Glad to be here", który wywołał spory odzew publiczności, podobnie zresztą, jak zagrane krótko po nim Objectify, przed którym Bumblefoot zachęcił publiczność, by bawiła się razem z nim śpiewajac fragment "operowy", który ćwiczyliśmy zanim zaczął się utwór. Wkrótce ucieszyli się gitarzyści, bo mogli usłyszeć kolejne świetne popisy Rona w "Guitars Still Sucks". Po chwili konsternacja, bo zabrzmiało intro do "Welcome to the jungle"... jednak jedynie intro, niestety, a może na szczęście, wszak byliśmy na koncercie Bumblefoota, a nie Gn'R. Wyjątkowo mocne "The color of justice" zostało złagodzone następującą po nim balladą "Shadow", po której fani niezaznajomieni do końca z dorobkiem muzycznym Rona mogli niedługo usłyszeć kolejny utwór znany im z koncertów Gn'R, a mianowicie "The Pink Panther Theme". Nie da się ukryć, że zarówno utwory Gn'R, jak i utwory Rona, które wykonywał na koncertach Gunsów, w tym właśnie wspomniane "The Pink Panther Theme", cieszyły się największym zainteresowaniem fanów, być może właśnie na znajomość materiału.

Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki Różowej Pantery zaczęło się "Dash", przejmujący utwór o przemijaniu, który jednak, ze względu na jego "skoczne" brzmienie może być odbierany zupełnie inaczej i sądząc po reakcji publiczności tak właśnie było. W pewnym momencie Ron zszedł ze sceny, a ja ze smutkiem pomyślałem, że to już pewnie koniec koncertu. Koncertu, na którym, muszę przyznać, od początku świetnie się bawiłem i nie chciałem, żeby zbyt szybko się kończył. Koncertu, na którym nie czułem się potraktowany przez organizatorów jak piąte koło u wozu, które ma najgorsze miejsce, tylko z racji tego, że jest na wózku, jak to miało miejsce np. w Rybniku na Gn'R. Koncertu, który już przed rozpoczęciem wzbudził tak wielkie emocje ze względu na to, że mogłem porozmawiać z Ronem. Miałem autograf, pogadaliśmy chwilkę, byłem na świetnym koncercie... Czego chcieć więcej? Gdy Ron zszedł ze sceny poczułem smutek, że to już... ale mimo wszystko byłem szczęśliwy, że udało się dotrzeć i spełnić jedno z marzeń. Muszę wspomnieć, że, mimo, iż spodziewałem się na koncercie tłumów, to jednak ludzi było niewielu, co pozwoliło mi w miarę swobodnie oglądać koncert już z trzeciego rzędu, więc Rona widziałem prawie cały czas, chyba, że akurat jakiś nadpobudliwy fotograf zasłonił ;) Było więc luźno, dużo wolnej przestrzeni wokół mnie, dlatego zdziwiłem się, że nagle zaczyna być nieco tłoczniej... Okazało się, ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu, że Ron schodząc ze sceny z gitarą, pojawił się wśród fanów, wciąż grał, a był na wyciągnięcie ręki. Tak się złożyło, że byłem jedną z pierwszych osób, obok której pojawił się Ron, który znów, całkiem normalnie, pozwalał się fanom obejmować, pozował do zdjęć, niektórzy mogli nawet "zagrać" na jego gitarze, jak choćby dziecko, które było tuż obok mnie. Bumblefoot, przy akompaniamencie zespołu przemaszerował całą salę, pojawił się nawet na balkonie. Żartowaliśmy później, że pewnie nawet do toalet zajrzał ;) To był bardzo wzruszający moment koncertu, zwłaszcza, że działo się to wszystko podczas "Dash" i gwarantuję, że, podobnie jak ja, wiele osób miało łzy w oczach, gdy Ron zjawił się w pobliżu.

Gdy Ron wrócił na scenę byłem pewien, że to koniec koncertu i nic więcej się nie wydarzy, tym bardziej, że wybrzmiały pierwsze dźwięki "Used to love her", którym Bumblefoot zaczął koncert. Obserwując wcześniej sety wiedziałem, że kończy coverami Gunsów, więc niczego więcej już do szczęścia nie potrzebowałem. Jednak gitarzysta Gunsów zaskoczył raz jeszcze. Na finałowy utwór zaprosił na scenę fanów. Na scenie, obok Rona, pojawiły się również przedstawicielki NTS-u, które miały przyjemność przyprowadzenia go na koncert z pobliskiego hotelu. Widząc tych wszystkich ludzi na scenie byłem bardzo szczęśliwy, cieszyłem się ich szczęściem.





Jednak... nagle ktoś, chyba z obsługi Lizard Kinga, choć do dziś nie jestem pewny, zapytał, czy chcę być tam na scenie z nimi. Zaprzeczyłem, bo utwór, czyli to nieszczęsne ;) "Sweet child of mine", już trwał, a ja nie chciałem tracić nic z koncertu. Jednak chyba nie zostałem do końca zrozumiany, a może ... sam do końca nie wiem, jak to się stało, ale po chwili znalazłem się na scenie, tuż obok tych wszystkich ludzi, mający na wprost siebie fanów. Ja, który nienawidzę i panicznie boję się wystąpień publicznych... Do pewnego momentu bardziej zainteresowany byłem tym, czy mój wózek inwalidzki jest cały, bo " w transporcie" po schodach uległ małej awarii ;) Dlatego przytulając na scenie Rona i śpiewając końcówkę "Sweet child of mine" nie byłem do końca przekonany, że to się dzieje naprawdę. Drobna awaria mojego wózka sprawiła, że "zamarudziłem" na scenie, gdy fani schodzili. Gdy uporałem się już z defektem technicznym i kierowałem się do wyjścia Ron zatrzymał mnie na scenie... i wraz zespołem ukłoniłem się fanom... Przerażający, a jednocześnie niezapomniany moment :) Chwilę później dostałem pałeczkę perkusyjną od Dennisa, który rzucił też kilka pałeczek fanom.

Po koncercie również, podobnie jak wcześniej, nie było problemu z kontaktem z zespołem. Kto chciał mógł sobie zrobić zdjęcie, dostać autograf, czy porozmawiać. Dzięki spokojowi i opanowaniu Justyny, która zauważyła perkusistę Bumblefoota Dennisa Leeflanga zyskałem dwa zdjęcia i drugą pałeczkę perkusyjną. Bumblefoot wyszedł z klubu po jakiejś godzinie, było więc już koło 12 w nocy. Miałem okazję się pożegnać i powiedzieć Ronowi, że to był najlepszy koncert i najlepszy dzień w moim życiu. W tamtej chwili naprawdę tak czułem i dziś, z perspektywy niemal miesiąca od koncertu - emocje są podobne. Stało się tak, mimo, że ani jeden z utworów, które koniecznie chciałem usłyszeć w wykonaniu Rona nie został zagrany. To chyba świadczy o tym, jak udany to był koncert.





Po koncercie, wraz z NTS-ową ekipą udaliśmy się w wojaże po Krakowie. Ale co zdarzyło się w Vegas - zostaje w Vegas, więc o tym cicho sza ;)
Dziękuję wszystkim, z którymi miałem okazję się bawić tego dnia. Ci, którzy nie byli mają czego żałować!

ZQYX

Od redakcji: Relację napisał użytkownik (a może i już redaktor :P) Zqyx. Dzięki wielkie za przekazanie emocji. I zachęcam wszystkich do podsyłania swoich relacji.


Data: 07 stycznia 2014
Miejsce: Lizard King (Kraków, Polska)
Support: DispersE

Setlista:
01. Used to Love Her (Guns N’ Roses cover) (snippet)
02. Abnormal
03. Real
04. Turn Around
05. Some Other Guy
06. Don't Cry (Guns N’ Roses cover)
07. Simple Days
08. Guitars SUCK
09. Wasted Years (Iron Maiden cover)
10. Normal
11. Glad To Be Here
12. Rockstar For A Day
13. Objectify
14. Last Time
15. Guitars Still Suck
16. Overloaded
17. Welcome To The Jungle (Guns N’ Roses cover) (snippet)
18. The Color Of Justice
19. Shadow
20. Life Inside Your Ass
21. The Pink Panther Theme
22. Dash
23. Used To Love Her (Guns N’ Roses cover)
24. Sweet Child O' Mine (Guns N’ Roses cover)

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Facebook

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie